Tadeusz Wielgus

Tadeusz Wielgus obecnie mieszka w Melbourne w Australii. Do Skarszewa Górnego sprowadziliśmy się gdzieś pod koniec 1954 roku. Ja miałem pól roku, a mój brat Edward dwa i pół roku. Oboje moi rodzice (Marian i Janina) pracowali w miejscowym PGR. Oboje byli praktycznie niewykształceni (ojciec kończył 7-ma klasę już, w Skarszewie, a mama miała skończone tylko dwie klasy szkoły podstawowej). Ojciec mój był, przynajmniej w pierwszych latach woźnicą. Później oboje pracowali przy krowach, a w ostatnich latach przy hodowli cieląt. W tej ostatniej pracy tez brałem udział. Pomagałem im codziennie w karmieniu, szczególnie małych cieląt. Dziś, gdy o tym myślę, widzę, że była to dość ciężka praca dla dziecka, nie mniej jednak wspominam to bardzo przyjemnie. Zawsze, lubiłem zwierzęta i do dziś uwielbiam kontakty ze wszystkim, co żyje. Mieszkanie w dzisiejszym zrozumieniu było dość prymitywne, żadnych wygód. Po wodę chodziliśmy z wiaderkami, posiłki gotowane były na kuchni opalanej drzewem i węglem lub na małych elektrycznych kuchenkach (bardzo niebezpiecznych – łatwo o porażenie prądem), ogrzewanie piecowe tylko w jednym z 2 pokojów. Do szkoły 3 km przez większość lat chodziliśmy na piechotę, później PGR zorganizował dowożenie dzieci tzw. „buda”. Była to zwykła przyczepa do traktora z dachem – pełny luksus i wygoda. Wakacje spędzaliśmy na miejscu – nie było w „modzie” wyjeżdżanie na obozy lub kolonie. Całymi dniami graliśmy w pikę, palanta, chodziliśmy nad rzekę Słupia do Dolnego Skarszewa i piekliśmy ziemniaki w ogniskach. Pamiętam wieczne wojny z miejscowym ogrodnikiem – myśmy ciągle zakradali się do ogrodu, przez dziury w plocie i żywopłocie, które sami sprytnie robiliśmy i zajadaliśmy się porzeczkami, niedojrzałym agrestem czy zielonymi papierówkami. Zima łyżwy, hokej. Ja dużo czytałem. Mieliśmy dwie biblioteki (szkolna i publiczna) i była to moja nigdy niekończąca się przygoda z wielkim światem, marzenia o podróżach, przygodach mieszały mi się z rzeczywistością. Raz w miesiącu przyjeżdżało do Skarszewa kino. Czasem udało się ubłagać rodziców na bilet, czasami (ze zmiennym szczęściem) usiłowaliśmy obejrzeć film na „gapę”. Było to zawsze wielka atrakcja i nie miało znaczenia, jaki to był film. Wtedy wszystkie były bardzo dobre. My byliśmy zbyt biedni i za bardzo konserwatywni, aby mięć swój telewizor. Słuchaliśmy wiec radia, a w szczególności programy dla młodzieży, „W Jezioranach”, „Matysiaki” a później „Popołudnie z młodością”. Pierwszy telewizor zakupiony był przez PGR i dumnie stal w miejscowej świetlicy w naszym pałacu. Później pokazało się parę w różnych domach i cala wioska schodziła się, aby oglądać Bonanzę czy coś podobnego. Ze Skarszewa wyjechaliśmy w połowie mojej ósmej klasy, wiec był to początek roku 1969. Dzięki Naszej klasie mam kontakt ze Stasiem Olewińskim. On chodził ze mną do tej samej klasy i tez mieszkał w Skarszewie Górnym. Jego ojciec był w zarządzie PGR-u., Jakie miał stanowisko, tego nie wiem, ale w moich oczach był „Szycha”. Do dziś mam mile wspomnienia świat, szczególnie Bożego Narodzenia. Zapach świeżo pieczonych ciast (u mnie były tylko dwa razy w roku, Boże Narodzenie i Wielkanoc), które zjadaliśmy z cudownie smacznym i słodkim kakao, choinka, kolędy i paczki ze słodyczami. Wszystkie dzieci dostawały dużą paczkę różnych słodyczy od Św. Mikołaja na specjalnej uroczystości w naszej miejscowej świetlicy. Przykro mi, ale nie pamiętam żadnych ciekawszych momentów ani też już nie pamiętam zbyt wielu ludzi, którzy tam mieszkali.

About The Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *