Władysław Nowakowski

Władysław Nowakowski (lat 77), od 1945 mieszkaniec Budowa.
Mój ojciec i siostry przyjechali do Budowa już w lipcu 1945, ja przybyłem tu we wrześniu. Moja rodzina pochodzi z Wielkopolski, z powiatu Szamotulskiego. Tato przybył na Ziemie Odzyskane w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swoich bliskich. Był on weteranem I Wojny Światowej, w czasie walk na froncie zachodnim dostał się do francuskiej niewoli, przez trzy lata pracował w kopalni, przez ten czas nauczył się języka francuskiego, wcześniej znał też niemiecki.

Do Polski wrócił, jako żołnierz „Błękitnej Armii” gen. Hallera. W swoich rodzinnych stronach ojciec pracował na czyjeś ziemi. Tu miał szanse na własne gospodarstwo. Zabrał, więc swój skromny majątek, trochę zwierząt hodowlanych i ruszył w drogę. Pociąg z 40 wagonami przyjechał do Słupska. Po wyładunku dano im wóz i konia i kazano jechać w stronę Bytowa. Pamiętam, że tato opowiadał, że chciał osiąść gdzieś bliżej miasta, ale tam większość ziemi była już zajęta, bądź zarezerwowana dla „ Zabużan”. Dojeżdżając do Budowa usłyszał melodyjny śpiew robotnic, które pracowały w polu, a że sam miał zdolności muzyczne( grał na harmonii) zauroczyło go to i postanowił zostać w tej wsi. Do zamieszkania wybrał jedno z gospodarstw w centrum miejscowości, gdzie do dziś wraz z rodziną mieszkam. Wcześniej należało ono do niemieckiej rodziny. Gdy tu przyjechaliśmy żyła tu tylko starsza kobieta z synem i córka. Ona myślała na początku, że zostaliśmy jej przydzieleni do pracy w gospodarstwie (w czasie wojny pracowało w Budowie na gospodarstwach i w majątku wielu pracowników przymusowych i jeńców). Przez pewien czas mieszkaliśmy razem. W 1947 roku wyjechała ona do radzieckiej strefy okupacyjnej wraz z innymi wysiedlonymi Niemcami. Wieś wyglądała troszeczkę inaczej niż dziś. W miejscu gdzie dziś jest plac przy remizie strażackiej stały ruiny czworaków, które właściciel majątku wybudował kiedyś dla swoich pracowników, był też takie ogródki należące do nich. Budynek dzisiejszej remizy był pomieszczeniem gospodarczym, również przynależnym do tych czworaków. W domu gdzie dziś mieszkają państwo Żadarscy i Wojszowie była stara szkoła, nowy budynek szkoły wybudowano, bowiem według mojej wiedzy dopiero w latach trzydziestych XX wieku. W budynku, który należał kiedyś do państwa Balik, był warsztat stelmacha. W miejscu, gdzie kiedyś był Urząd Gminy, a później sklep, klub i świetlica wtedy była piekarnia. Pamiętam jeszcze niemieckiego piekarza, który tam pracował, nazywał się Baldt. Gdy ten wyjechał jego miejsce zajął Polak Lewandowski. W miejscu, gdzie dziś jest pusty plac, naprzeciw domu rodziny Cyrzan, z jednej strony i Bola z drugiej, stał budynek stacji pomp. Znajdowało się tam źródło, z którego pompowano wodę do sieci wodociągowej we wsi oraz do zbiornika, który istnieje do dziś przy wjeździe do wsi od strony Słupska oraz do wieży ciśnień, znajdującej się na dworcu. W domu, w którym zamieszkaliśmy był zamontowany wodomierz. Stacja pomp funkcjonowała do lat 60. Potem ją zamknięto i rozebrano, a wieś podłączono do ujęcia na terenie PGR. Tam też powyżej pałacu, który stała jeszcze do lat 70, było też drugie ujęcie wody, skąd czerpano ją na użytek pałacu. Pamiętam też, że wokół dworca było dużo budynków i magazynów, ale z czasem zostały one zburzone i rozebrane przez okoliczną ludność. W budynku, w którym dziś mieszkają państwo Biernaccy (dawne przedszkole) mieszkał wówczas jedyny katolik we wsi, który był drogomistrzem, nazywał się Waliński, mimo polsko brzmiącego nazwiska był Niemcem.
W nowym budynku szkoły w piwnicach była urządzona łaźnia wiejska. A poczta znajdowała się w niedawno rozebranym starym domu państwa Osowskich. Gdy przyjechaliśmy do wsi nie było w niej wielu Niemców. Część dawnych mieszkańców wróciła do wsi, gdy okazało się, że nie ma już gdzie uciekać przed Rosjanami. Większość z nich została bardzo szybko wysiedlona. Najpierw wyjazdy organizowali Rosjanie, a potem Polacy. Duża grupa Niemców pracowała w dawnym majątku, który teraz przejęli Rosjanie (Wojskowa administracja). Było im czasami lepiej niż Polakom, bo mieli, co jeść i gdzie spać. W ogóle we wsi dużo było radzieckich żołnierzy. Polskie wojsko pamiętam tylko, że było w momencie, kiedy odbywało się referendum „3 x TAK” ( 1947). Radzieccy żołnierze byli bardzo imprezowi. Zdarzało się, że w środku nocy wyciągali mojego ojca z domu, by im grał na harmonii. W Budówku był młyn, w którym pracował Niemiec Heft. Tam też na krótko przed naszym przyjazdem Rosjanie zabili starego Zitzewica, gdy ten stanął w obronie córek. Ostatni właściciel majątku w Budowie został pochowany nieopodal kościoła. Pod koniec września 1945 ekshumowano jego zwłoki i przeprowadzono sekcję na potrzeby śledztwa, które prowadzono w sprawie jego zabójstwa. Proces radzieckiego żołnierza, który dokonał zbrodni miał się odbyć przed sądem wojskowym w Szczecinie, ale nie wiem jak ta sprawa się naprawdę skończyła. Podobny los mógł spotkać młynarza Hefta. Pracujący u niego jeszcze czasie wojny Ukrainiec napuścił na niego żołnierzy radzieckich, ale w obronie Niemca stanęli mieszkający na Budówku Polacy. Gdy Heft wyjechał w młynie gospodarzył polski młynarz Dębski.Jak ojciec przybył do Budowa było tu zaledwie 6-7 polskich rodzin. Pierwszym wójtem we wsi był Franciszek Mikołajczyk, a komendantem Milicji obywatelskiej Wesołowski. Pamiętam też, że w okolicach Budowa i Motarzyna, znajdowały się odziały Werwolfu (niemieckiej, nazistowskiej partyzantki). Rosjanie pilnowali budynków gospodarczych i magazynów. Przez jakiś czas był zakaz poruszania i chodzenia do lasu, bo można było zginąć. Myślę, że życie w PRL było łatwiejsze i przyjemniejsze jak dziś. Dawni mieszkańcy wsi, bądź ich dzieci często odwiedzają rodzinne strony. W wielu przypadkach trafiają do mojego domu. Z wieloma z nich utrzymujemy stałe kontakty i odwiedzamy się nawzajem.

Źródło: T. Bola, Ludzie, ziemia, czasy

Komentarze